-Wstawaj! - Usłyszałam chłopięcy głos - Dzisiaj poniedziałek!
Niestety. Kolejny dzień trzeba będzie spędzić w tym przytułku dla obłąkanych. Jednak czasami lubie tam chodzić. Szczególnie na zajęcie muzyczne. Pani Coleman jest bardzo miła i utalentowana. Czasem jest jakby naszym psychologiem. Nawet nie wiem czy może tego nie studiowała... No ale, zawsze możemy do niej podejść i porozmawiać.
Jak zwykle nie miałam siły wstać z tego mięciutkiego łóżeczka, ale żeby mieć to za sobą, szybko ogarnęłam się, ubrałam w pierwsze lepsze rzeczy i zeszłam na dół.
-Cześć - Powitałam krzątającą się po kuchni mame.
-No hej, hej. Jedz szybko śniadanie, dzisiaj ja was zawiozę do szkoły. - Odpowiedziała.
-Nie idziesz do pracy?
-Ymm... Gdzie są te papiery?! - Zaczęła denerwować się i mruczeć coś pod nosem. Wtedy wiedziałam już, że nie warto dalej zadawać jej pytań. Wdrążyła sie już w ten swój świat pracy.
Zjadłam leżące na blacie kanapki, wzięłam braci i wsiedliśmy do samochodu. Po chwili za kierownicą usiadła nasza opiekunka.
-Sam, pójdziesz z chłopcami do domu? Kończę później i nie będę miała jak ich odebrać ze świetlicy. - Zwróciła się do mnie.
-Ale... - Chwilę się zastanowiłam i pomyślałam, że jeden raz mnie nie zbawi - No dobrze.
-Dzięki. - Odpowiedziała i ruszyła autem.
Po 15 minutach byliśmy pod naszą wielką szkołą. Pożegnaliśmy się z mamą i wysiedliśmy. Chłopcy na szczęście zobaczyli swoją wychowawczynię i nie musiałam ich odprowadzać do klasy. Pewnie znowu bym się zgubiła. Współczuje tym dzieciom. Muszą więcej przejść niż my, którzy mamy sale pod nosem... Te schody i...
-No heej. - Ktoś oderwał mnie od rozmyśleń. Odwróciłam się i zobaczyłam James'a.
-Oo, cześć. Jak tam? Żyjesz po weekendzie?
-Pf, no jasne. - Powiedział i wziął mnie pod ramie. - To raczej z tamtymi coś nie tak.
-Aż tak ostro? Jeszcze powiedz, że znowu robili 'drunk twitcam'a'?
-No wiesz... - Zerknął na mnie kątem oka i zaczęliśmy się śmiać.
-A wam co tak wesoło? - Zobaczyliśmy chyba jeszcze na kacu Luke'a.
-Aa, nie. Nic. - Wymamrotał James.
-Hahahaha, o boże. Jak sie czujesz? - Zaczęłam się śmiać.
-To nie jest śmieszne. - Mruknął oschle.
-Jak dla kogo, hahahaha.
-Zamiast się śmiać to byś mnie pocieszyła, albo kupiła mi coś do jedzenia, albo do picia... Nie najlepiej się czuje... - Zaczął udawać. To nie było trudne to wykrycia.
-Przytulić?
-No jakbyś mogła... Kręci mi się w głowie... - Z śmiechem podeszłam do niego, uścisnęłam i przejechałam kilka razy ręką po jego plecach.
-Lepiej?
-Nawet nie wiesz jak!
-No wiem. Ma się to coś - W końcu usłyszeliśmy dzwonek. - A w ogóle too... Co z Jai'em?
-Chory. - Powiadomił mnie Luke. U niego chory, to zapewne 'nie chce mi się iść do szkoły, posiedze na twitterze, posłucham muzyki, pośpie' Ogólnie udawanie. Nawet nie wiem jak ich mama może nie zauważyć jak oni ją okłamują. Zdecydowanie mają za dobrze. Moja nawet jak jestem chora karze mi wstawać. Dlatego ja, mądra córeczka mam najwyższą frekwencje.
-Gdzie James? - Zapytałam.
-A jak myślisz? Dzwonek był... Lekcja jest...
-Em... Chodźmy. - Szybkim krokiem ruszyłam z chłopakiem do klasy.
Pierwsza matematyka. Jakoś przetrwam.
***
Po 6 godzinach spędzonych w szkole jak zwykle mam dość. A jeszcze cały tydzień przede mną...
-To co, idziemy gdzieś? - Podszedł do mnie Luke z James'em
-Jasne!
-Chodźmy do mac'a może? - Zaproponował Jamzi.
-A ty jak zwykle o jedzeniu. Poruszałbyś się a nie. Ciągle tylko żarcie i żarcie... - Zaczął Luke.
-Co? Spadaj! - I zaczęli się 'bić'. Nie mogłam przestać się śmiać, a ludzie na ulicy patrzyli na nas jak na chorych umysłowo.
W pewnej chwili przypomniałam sobie, że miałam wrócić z braćmi do domu. No to nici z wypadu.
-Ej, chłopaki. - Próbowałam ich rozdzielić. - Nie moge iść. Muszę zaprowadzić Max'a i Robbiego do domu.
-Too... Może pójdziemy z Tobą? - Powiedział Brooks
-Spoko. - Szybko pobiegłam po chłopców i ruszyliśmy na przód. Na szczęście to nie było dużym problemem dla chłopaków, bo mieszkali kilka domów ode mnie.
Po drodze pełnej rozmów i śmiania się doszliśmy na miejsce.
-Chłopcy do domu - Powiedziałam a oni od razu wykonali mój rozkaz.
-Wow. Nawet Cię słuchają - Odparł Luke
-No wiesz. Trzeba sobie jakoś ułatwiać życie.
-Haha, muszę tak zrobić z Jai'em i Beau... Dobra lecimy. Trzeba zaopiekować się biednym braciszkiem.
-Haha, ok ok. - Pomachałam im, a oni mnie. - Pozdrówcie go ode mnie!
Nareszcie dom. Weszłam, rzuciłam torbę na sofe i poszłam do swojego pokoju. Dzisiaj jakoś szczególnie byłam zmęczona, chociaż nie było aż takich strasznych lekcji. Ale jednak nie mając na nic siły rzuciłam się na łóżko.
~
no i jest. mało ciekawy według mnie, ale w następnych rozdziałach będzię się dziać więcej.
posty będe dodawać co tydzień w piątek.
jeżeli mam kogoś informować o nowych rozdziałach, piszcie :3
Nie jestem fanką Janoskians, ale piszesz całkiem fajnie. Tylko rozkręć akcję c:
OdpowiedzUsuń